Inisheer – podróż (część I)

Najmniejsza z wysp Aran czyli Inisheer wydawała się być łatwym celem niespełna jednodniowej wycieczki no bo ani nie jest za daleko od zachodniego brzegu Irlandii ani też nie jest zbyt duża. (położona 8 km od brzegu a szeroka 3 km na 3 km) Gdy kilka lat temu płynęłam na największą z wysp Aran – Inishmore (o tym tutaj) płynęłam na nią od drugiej strony zatoki Galway. Płynęłam wielkim promem i nie odczułam specjalnie ze jestem na oceanie. Tym razem płynęliśmy jednak  z innej strony, bo wypływaliśmy z miejscowości Doolin. Jednak najważniejszą różnicą nie było to skąd wypływaliśmy ale czym. Coś co oni co prawda nazwali „ferry” czyli prom było, tak naprawdę przygotowanym do przewozu ludzi, kutrem rybackim. Gdy płynęliśmy przechylało nas nieźle na boki ale ja starłam się ten fakt ignorować i udawać że mi to wcale nie przeszkadza. (czy mówiłam że ja z tych co nie potrafi pływać bo panicznie boi się dużej wody?)

w drodze na inisheer i cliffs of Moher (10)

w drodze na inisheer i cliffs of Moherw drodze na inisheer i cliffs of Moher (1) w drodze na inisheer i cliffs of Moher (2) w drodze na inisheer i cliffs of Moher (3)

Mimo że wyspa jest tak blisko brzegu, powrót miał trwać około 2h gdyż w drodze powrotnej mieliśmy podpłynąć do Cliffs of Moher aby się im przyjrzeć z bliska z perspektywy wody. Powrót w stronę Doolin nie zapowiadał się jednak przyjemnie. Kołysało porządnie na wszystkie strony a ja ściskałam mocno jakąś barierkę na pokładzie bojąc się że wypadnę za burtę. 

Cały czas zastanawiałam się tylko czemu nie płyniemy w stronę klifów. Wyjaśniłam to sama sobie, że z powodu zbyt wzburzonego oceanu pewnie wracamy prosto do Doolin. Jak się cholernie myliłam. Podpłynęliśmy do portu Doolin i kuterek wyłączył silnik. Podpłynęły wtedy dwie male łódki i ogłoszono, że ludzie którzy nie płyną do moherów, maja się na nie przesiąść. Nie było to łatwe zadanie bo ocean mocno kołysał i załoga z naszego kuterka jak i z łódek nieźle się wysilała żeby każdego przetransportować z jednego pokładu na drugi, nie wpadając przy tym do oceanu. Kazano im wszystkim założyć kapoki. Podzieliłam się z M. swoim oburzeniem całą sytuacją. Powiedziałam że powinni uprzedzać że takie coś czeka ludzi (może w sumie uprzedzali skąd miałam wiedzieć skoro mój bilet obejmował również mohery) bo ja w życiu nie przeszłabym w takich warunkach do malej łódeczki. …Tak się produkowałam do M…ale gdybym wtedy wiedziała co mnie czeka… pierwsza w podskokach radości biegłabym do tej łódeczki, i to nawet bez kapoka!

w drodze na inisheer i cliffs of Moher (5) w drodze na inisheer i cliffs of Moher (6) w drodze na inisheer i cliffs of Moher (7)

Ruszyliśmy. Fale na oceanie były coraz większe i kiwało nami na wszystkie strony coraz bardziej. Płynęliśmy wzdłuż klifów bokiem do fal, gdyż szły one od oceanu. Z minuty na minutę było coraz gorzej, kuterek nie przechylał się tylko na boki ale i skakał w górę i w dół. Woda z fal nas chlapała, mój plecak i jegoż zawartość beztrosko sobie pływały (mimo że niby przeciwdeszczowy miał być). Ludzie zaczęli korzystać z rozłożonych gdzieniegdzie reklamówek (w wiadomym celu gdy choroba morska cię dopadnie). Zaczęłam rozglądać się za kapokami. Na oko oceniłam że nie starczy dla wszystkich. Zaczęłam coraz bardziej się bać… . Po jaką cholerę weszłam na ten pieprzony kuterek. M zaczął mnie pocieszać że kuterek się nie wywróci bo to przecież nie zwykła łódka tylko taka co ma pod spodem miecz który sie zanurza w wodzie i pomaga łódce zawsze wrócić do pionu. No nie, w takim momencie tego typu pocieszanie nie pomagało tylko jeszcze bardziej pogarszało sprawę. Starałam się nadrabiać miną. Nie mogłam patrzeć na fale bo wyobrażałam sobie jak wypadam za burtę i jako osoba nie pływająca od razu idę na dno i tonę. Postanowiłam więc skupić wzrok na klifach. Ale to wyglądało tak: patrzysz na Mohery i wiesz ze mają 200 metrów wysokości i są potężne. Za chwilę przychodzi fala która unosi kuterek do góry i klify nie wydają się już tak potężne…. Ja pierdzielę, przyjdzie mi zginąć na Atlantyku i to na własne życzenie. Sama wymyśliłam wycieczkę i sama kupiłam bilety. Zaczęłam coraz bardziej panikować i mówić do M że ja pieprzę te mohery i nic mnie one nie obchodzą i po co one tu w ogóle są, kto je wymyślił i niech jakiś helikopter mnie stąd zabierze. Gdy przyszedł jeden pan z załogi na pokład i zaczął nas obserwować już byłam bliska zawału. Wyobraźnia coraz ciekawsze strachy podsuwała – wspólnym wątkiem było – wiedzą że jest źle i że lada chwila zaczniemy albo tonąć albo wypadać za burtę i w sumie też tonąć. 
Jak po trzech godzinach (!!!) dobiliśmy do brzegu i jak zeszłam na ląd w sumie nie pamiętam. Szłam po molu i się zataczałam. Pojechaliśmy coś zjeść i wybraliśmy się w drogę powrotną do Dublina. Gdy wieczorem w łóżku zamknęłam oczy od razu podskoczyłam i je otworzyłam. Widziałam znów te okropne olbrzymie fale i czułam kołysanie. Nie wiem jak zasnęłam bo starałam się nie zamykać oczu. W poniedziałek w pracy opowiadałam wszystkim co przeżyłam. Wszyscy się śmiali i mówili że tak, w tamtych rejonach bywa tak często i że dla nich to nic strasznego. Ale to Irlandczycy przecież… mają to we krwi.
Jeszcze tylko z bezpiecznego stałego lądu z dala od Aranów, powiedziałam M że nigdy więcej żadne arany a jeśli już to na porządnym dużym promie tak jak kilka lat temu.

w drodze na inisheer i cliffs of Moher (8)

22 uwagi do wpisu “Inisheer – podróż (część I)

      • Noo wiem, ale ostatnio jak byliśmy w okolicach moherów, to widziałam tylko takie promy, które opisałaś, może w czasie letniego spokoju się zdecyduję. Wczoraj na głos czytałam chłopakom Twoją notkę, jednogłośnie stwierdziliśmy, że powinnaś napisać książkę! Zebrać wszystko i wydać!

        • od strony moherów płynąc to takie łódeczki tylko, masz rację. Ale od strony galway płynąc na najwyższą arankę, może wybrać duży prom.
          Nie słódźcie mi już tak jeśli chodzi o moje pisanie. Takie sobie grafomańskie bez żadnego warsztatu ani talentu. Nosy Wam zaraz się wydłużą. Ale przyznaje że bardzo mi miło. I to w szczególności z ust (a raczej spod rąk) poetki! PS. Pozdrowienia dla chłopaków…bardzo ich polubiłam 🙂

  1. Kurcze, tak sugestywnie napisałaś, że już od połowy tekstu trzymałem kurczowo klawiaturę, a pod koniec prawie się położyłem na laptopie. Ciekawość jednak zwyciężyła i jednym okiem spojrzałem ostrożnie na fotografie. Ja pierdziu!

  2. …ale Ci zazdroszczę Kasiu!!! Wiem, wiem…miałaś cykora, nie tak miało to wyglądać…(nawiasem mówiąc…Twoje reakcje są mi tak bliskie…no i ta…umiejętność niepływania także;-) ) ale…poczułaś coś mocno, nie coś a…żywioł i Irlandię;-) Pewnie będziesz długo pamiętać tę wyprawę jak ja…Dziurę Robaka, do której nie doszłam ( Piotr trzeba było…zagrozić i/lub zmusic 😉 ) bo…się bałam! i …nigdy nie przestanę żałować;-) Moze jeszcze kiedyś…;-)

  3. Byłam na takiej samej wycieczce, a wygląda, jakby to inny kraj był! Mieliśmy szczęście – upał, błękitne niebo i zupełnie gładki ocean. W dobrą pogodę to i mały kuterek się dobrze sprawuje 🙂 A jakie widoki Moherów!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s