5 miejsc w hrabstwie Wicklow idealnych na spacer

Hrabstwo Wicklow jest ulubionym hrabstwem Dublińczyków. Nie ma się czemu dziwić, to tam Irlandia oferuje wszystko co ma najlepsze: góry, doliny, lasy, parki, ogrody oraz piękne plaże. Hrabstwo sąsiaduje z Dublinem więc jest idealnym miejscem na wypady weekendowe albo krótkie popołudniowe.

Jeśli nie znacie tego hrabstwo zbyt dobrze i nie wiecie od czego zacząć, proponuję Wam pięć bardzo różnych miejsc na rozgrzewkę i rozbudzenie apetytu.

Mount Usher Gardens

Ogrody Mount Usher to prawdziwa perełka wśród irlandzkich ogrodów. Miejsce zostało uznane za najlepszy ogród wart odwiedzin przez BBC Gardener’s World Magazine w roku 2009 i 2010 oraz za najbardziej romantyczny ogród.

W ogrodzie znajdują się drzewa, krzewy oraz kwiaty z różnych miejsc naszego globu. Ogród został założony w tzw stylu robinsońskim, czyli z uwzględnieniem naturalnych uwarunkowań okolicy, bez prób sztucznych zmian. Właściciele ogrodu mieszkają w nim nadal, dlatego część posiadłości jest niedostępna dla zwiedzających.

Więcej przeczytacie tutaj. 

Ogrody są czynne przez cały rok. Wstęp płatny.

Kilruddery House and Gardens

Kilruddery House położone jest kilka kilometrów za Bray, ale nie przeżywa oblężenia zagranicznych turystów z aparatami lub selfie sticks. Wychodzi mu to tylko na dobre. Kilruderry żyje sobie spokojnie swoim tempem. Organizowane są tu koncerty muzyki poważnej, występy teatralne, ale też rożne atrakcje dla dzieci, jak piknik z misiami czy spacery w poszukiwaniu motyli. Oprócz tego raz na jakiś czas organizowany jest Farm Market, z pysznymi serami, pasztetami. pieczywem itp. Ostatnio chleb, który tam kupiłam o nazwie „polski” smakował prawie jak chleb w domu rodzinnym.

Czar Kilruddery dostrzegł tez przemysł filmowy, miedzy innymi nakręcono tu serial Camelot oraz The Tudors.

Więcej przeczytacie tutaj. 

Ogrody czynne każdego dnia w sezonie letnim, w sezonie wiosennym i jesiennym tylko w weekendy. Nieczynne zimą. Wstęp płatny.

Devil’s Glen Wood

Miejsce, które zadowoli wiele potrzeb: przebywanie na łonie natury, zapachy lasu, szmer wodospadu i strumyku oraz smakowanie sztuki. Wybierzcie cliff walk w kierunku wodospadu a napotkacie drewniane rzeźby umieszczone w tym miejscu w ramach projektu Sculpture in the Woodland  – czyli wystawa prac współczesnych artystów na wolnym powietrzu. Nie dajcie się zaskoczyć różnym instalacjom jak np tabliczka z napisem „Piękny widok” w miejscu gdzie rzeczywiście widok jest piękny. Gdzieniegdzie na skałach znajdziemy tabliczki z dość zaskakującymi napisami np „I’m running in the dark. All around, the eyes of the animals glittering.”

Więcej przeczytacie tutaj a brama wjazdowa jest tutaj.

Trasą można chodzić cały rok, jednak warto pojechać wtedy gdy brama dojazdowa do parkingu jest otwarta. (parkowanie przed bramą dodaje około 2km na dojście do miejsca w którym zaczynają się szlaki).

dg Great Sugar Loaf

Mini mała górka wyglądająca imponująco z pobliskiej autostrady. Jednak wejście na tą górę nie trwa długo –  zajmuje około 40 minut! Najgorsze jest podejście przed samym szczytem – góra jest skalisto-kamienista i im wyżej tym bardziej kamienie zamieniają się w wielkie bloki skalne, po których trudno się wdrapywać bez pomocy rąk. Za to widoki z wierzchołka są prześliczne. Zdarzyć się może i tak, że mgła i wilgoć bardzo ograniczy pole widzenia, a gdy już będziemy na samej górze  naszym oczom pokaże się się morza stopione niebieskością i wilgocią z niebem. Zawsze jednak zachęcam do spaceru na ten szczyt.

Więcej o górze poczytacie tutaj a parking pod górą jest tutaj

Góra Luggala

Po małej rozgrzewce jaką było wejście na Great Sugar Loaf, zapraszam na nieco dłuższą wyprawę na szczyt Luggala. Jest dość znany dzięki temu, że u jego stóp leży jezioro Tay potocznie zwane jeziorem Guinnessa. Zwane jest tak z dwóch powodów: należy do rodziny Guinnessa (co wkrótce się zmieni bo wysatwionna zosatał cała posiadłość na sprzedaż) oraz wygląda jak kufel Guinnessa. Jezioro ma kolor brązowy, a na jednym jego końcu utworzona jest sztuczna plaża, ze specjalnie dowożonego białego piasku. Patrząc z góry na jezioro, zestawienie ciemnej wody z białym paskiem plaży ma kojarzyć się z obrazem najbardziej znanego irlandzkiego alkoholu. Szlak prowadzi początkowo drogą asfaltową, która z czasem przemienia się w drogę polną. Potem już tylko drewniany mostek nad strumykiem o wodzie tak samo ciemnej, jak woda jeziora oraz przejście na łąkę. Przechodzimy specjalnymi wąskimi schodkami ustawionymi w takich miejscach, uniemożliwiającymi owcom wyjście (norma w górach, ale też przy różnych zabytkach, ruinkach czy cmentarzach w Irlandii). Zaczynamy wspinaczkę.Wędrówka prowadzi po odsłoniętej górze i jest dość stromą wspinaczką. Dodatkowo do szczytu góry trzeba dość długo iść po jej grzbiecie, łudząc się przez długi czas, że już się jest niemal na miejscu. 

Więcej o wyprawie na górę Luggala poczytacie tutaj, miejsce gdzie możecie przejść przez czarną bramkę na szlak – tutaj

Udanych wypraw życzę!

Spacery na północ od Dublina, na które musisz się wybrać

Irlandia kojarzy mi się przede wszystkim z ruchem. Tyle pięknych miejsc, że aż się chce chodzić. Tyle niedostępnych dla transportu miejsc, że aż trzeba chodzić. Dziś proponuje Wam kilka miejsc spacerowych położonych na obrzeżach Dublina. Ruszamy na północ!

Skerries

Trudno pójść na spacer w miejscowości Skerries i się w niej nie zakochać. Ma czar i urok kurortu nadmorskiego, zabytkowe wiatraki w tle i  wychodzące na plaże piękne domy  z olbrzymimi oknami i akcentami marynistycznymi. W czasie odpływu z południowej plaży można podejść do malutkiej wysepki z Martello Tower pośrodku. W pobliżu mała latarnia morska oraz wybrzeże z kilkoma dobrymi restauracyjkami i pubami.

P1140533 (800x600)

Malahide – Portmarnock

Spacer linią brzegową z Malahide do Portmarnock jest zawsze bardzo przyjemny. Może to dzięki scenerii? Przyznam, że wieje tam często jak w kieleckiem. Maszerując szybkim krokiem w czasie wichur, zdarzało się, że byłam jedną z nielicznych osób, która miała kaptur na głowie. Irlandczycy rodzą się z naturalnym uodpornieniem i niezauważaniem wiatru!

morze

portmarnock sunrise

Zamek w Malahide

Można zwiedzić zamek, jego ogrody lub zjeść lunch w kawiarni Avoca. Można też pochodzić po parku położonym na 109 hektarach, jest więc gdzie spacerować. Dodatkowo w parku są 3 pola golfowe, korty tenisowe, boisko do krykieta boisko do rugby i sporo boisk piłkarskich.

malahide

Howth

Spacer wzdłuż klifów na półwyspie Howth szlakiem  Bog of Frogs to niezła gratka. Jesteście wciąż w Dublinie a psychicznie czujecie się setki kilometrów z dala od dużych miast. Można podążać grzecznie szlakiem, a można też przeciąć trasę i wejść na sam szczyt tzw. Howth Summit. Wędrówkę rozpocznijcie od  stacji darta lub portu i idźcie wzdłuż wybrzeża od zachodniego molo, obok przystani jachtowej, aby dojść do molo wschodniego. Następnie trasa wiedzie w górę w kierunku klifów. Spacer tą częścią pozwala przyjrzeć się małej wsypce u wybrzeża Howth zwanej Ireland’s Eye. Widać na niej ruiny kościółka z VI wieku oraz kolejną z Martello Towers. Idąc dalej, dojdziemy do zatoki Balscadden, w której miejscowi lubią pływać. Po pewnym czasie pojawi się przed wami, pocztówkowy widok cypla Great Bailey a w tle za nim w pogodny dzień widać zatokę dublińską oraz Dalkey Island i Bray Head. Możecie dalej podążać szlakiem lub z niego zboczyć i wejść na szczyt.

Howth Harbour East Pier (3)

The Great Bailey (4)

Portrane do Donabate

Najlepiej, jeśli na ten spacer wybierzecie się samochodem, aby móc przejechać przez miejscowość i dojechać do morza. Zaparkujcie na parkingu nieopodal Martello Tower i zobaczycie ścieżkę, która będzie wiodła Was około 2,5 km wzdłuż linii brzegowej do plaży w kolejnej miejscowości Donabate. W tle zobaczycie pięknie zarysowaną sylwetkę Lambay Island a w oddali Howth. Gdy dotrzecie do celu,  zróbcie sobie przerwę w restauracji Waterside Hotel. Taras wychodzący na morze i dobry lunch. Teraz możecie ruszyć w drogę powrotną. 

portrane to donabate (2)

Zamek Ardgillan 

Bajkowo położony zamek na wzgórzu, z którego parku roztacza się malowniczy widok na morze. Spacer zbyt długi nie będzie, ale za to uczta dla oczu i duszy. Przy samym zaś zamku ogród kwiatowo – warzywny. W zamku jest również mała kawiarenka. W parku oraz obok pobliskiego placu zabaw, w pogodny dzień można sobie rozłożyć koc na trawie i wyciągnąć koszyk z piknikiem i nad kanapkami z ogórkiem podziwiać takie widoki.

Do zobaczenia na spacerze!

ac ardgillan-castle-and

Las w Wicklow: Clara Vale

Spieszę się. Mam mało czasu a chcę przejść się dłuższym szlakiem, tym 9,5-kilometrowym. Chwilę waham się, zanim wjadę na wąski most. Zastanawiam się, z którego powodu waham się bardziej. Czy dlatego że jest wąski, czy dlatego że wznosi się pośrodku tak, że nie widać czy jest na nim już jakiś inny samochód jadący z naprzeciwka, czy może dlatego, iż jego dość poważny wiek mnie onieśmiela?

W opisie miejsca przeczytałam, że ludzie parkują przy kościele, więc jednak przejeżdżam przez most. Następnie w samochodzie przebieram się w ubrania bardziej odpowiednie na spacer. Dziwię się, że Clara to wieś z nazwą. Ma może trzy domy. I do tego dość duży kościół z równo przyciętym, niespodziewanie o tej porze roku soczystym, zielonym trawnikiem. Podziwiam domek położony tuż obok — Bridge Cottage, a szczególnie jego ogródek na brzegu rzeki znajdujący się po drugiej stronie drogi.

p1170004 p1170005 p1170006

p1170002 p1170077

Jestem w lesie Clare Vale w hrabstwie Wicklow. Dzięki temu, że jest państwowy, a nie prywatny, przeżył wiele lat i obecnie też nie grozi mu wycięcie. Gdy około 13 tysięcy lat temu stopniały ostatnie lody w Irlandii, sosny, dęby i wiązy zaczęły porastać Irlandię na dobre. Obumierały i wyrastały kolejne i tak przez wiele lat, człowiek drzewom nie przeszkadzał. Teraz jestem w tym czarodziejskim lesie. Rzeka Avanmore podkreśla jego urok.

Czytałam, żeby zwracać uwagę na oznaczenia, bo inaczej można niebieski szlak przejść dwa razy. Wypatruję więc ostrożnie wskazówek oraz wpatruję się na wszelki wypadek w kompas. To, że nie przechodzę szlaku dwa razy, przede wszystkim zawdzięczam jednak jakieś dobrej duszy, która pod znakiem z niebieską strzałką dorysowała jeszcze jedną strzałkę w przeciwnym kierunku oraz napisała przy niej: kościół / parking. Oraz temu, że rozglądam się czujnie, bo według swoich pomiarów przeszłam już ponad 9 kilometrów, więc zakończenie musi gdzieś być w pobliżu. Gdyby nie to wszystko, zrobiłabym tę trasę nie tylko dwa razy, ale pewnie i kilkanaście. Może nadal bym tam zresztą chodziła, zamiast pisać.

Czytałam, że spacer tutaj najpiękniejszy jest jesienią, gdy liście mienią się kolorowymi barwami. Mimo że w mieście jesień w pełni a wiatr coraz częściej zawiewa żółte liście na moją wycieraczkę, tutaj jesień dopiero się zaczyna. Jednak okazuje się to nie ważne, bo i tak jest pięknie. Cieszą mnie rozłożyste i wysokie dęby i sosny. Jest ostrokrzew, brzozy, leszczyna i wierzby. Na dokładkę kwiaty i krzewy leśne, których nazw nie znam. Wisienką na torcie są pokłady miękkiego mchu i porostów, które tak dobrze pamiętam z polskich lasów, z czasów dzieciństwa, kiedy na wakacjach odwiedzałam ciocię mieszkająca w pobliżu lasów i z której rodziną chodziłam na jagody.

Czytałam też, że miejsce jest ciche i spokojne i że mogę nie spotkać żywej duszy na całej trasie. To wszystko się zgadza, do tego stopnia, że zaczynam się zastanawiać czy powinnam się bać.

Wychodzę z lasów szczęśliwa, że zdążyłam przejść o czasie. Wsiadając do samochodu, przyglądam się rozgadanym i głośnym osobom z aparatami fotograficznymi. Odjeżdżając, zastanawiam się, skąd się tu wzięli, ale przede wszystkim nad tym, jak to jest być Amerykanką, przyjeżdżającą w takie odludne, dalekie i piękne miejsce w Wicklow, po to, by usiąść na kocu na przykościelnym trawniku oznajmując, że było warto tu przyjechać. Robić fotografie mostu i swych butów, nie zwracając uwagi na to, że, tuż obok za zakrętem i trochę pod górę, czeka taaaaaaaakie piękne miejsce. Może i dobrze — będzie go więcej dla mnie.

W drodze powrotnej zachwycam się przez jakiś czas wąskimi drogami spowitymi tunelami krzewów i drzew. Podziwiam ich naturalną artystyczną scenografię. Zamyślam się też całkiem przyziemnie i poważnie nad techniką ich wykonania, jak je cięto, jakich maszyn użyto. A potem ni z tego, ni z owego znajduję się na autostradzie, potem w domu z kubkiem herbaty w rękach. Zastanawiam się, czy mi się te kilka skradzionych codzienności godzin śniło? 

Jesień..

p1170008

mikasia.wordpress.com

mikasia.wordpress.com

p1170032 p1170035 p1170050 p1170059 p1170058 p1170080vale-of-clara vale-of-clara1 vale-of-clara2

 

Polecam blogi czyli #ShareWeek

Pierwszy raz o akcji SHARE WEEK  dowiedziałam się w zeszłym roku mimo, że odbywa się już po raz piąty. Tę akcję polecania autorów przez autorów czyli rozpowszechnianie różnych ciekawych blogów  organizuje Andrzej Tucholski 

Shareweek-gora

Postanowiłam więc i ja podzielić się z Wami blogami, jedyny problem jest taki, że mogę tylko trzema. Jest dużo blogów, które czytam systematycznie czytam oraz takie na które zaglądam od czasu do czasu. o czym niektórzy wiecie gdyż na moim blogowym fejsie, wrzucam nieraz ciekawe wpisy z innych blogów. Spojrzałam na stronę Andrzeja i kilka polecań podanych tam w komentarzach przez innych blogerów. Nie znam żadnych z nich więc pewnie nie pasuję do tej grupy odbiorców która bierze udział w zabawie.  Być może nie zainteresują ich blogi przeze mnie polecane ale polecam je Wam, moim czytelnikom. Wiem, że je docenicie. Wybrałam trzy o których może Wam do tej pory nie mówiłam, ale uwielbiam je i czytam każdego nowego posta.  Pora, żeby przestały być moja tajemnicą. Są one bardzo różne, ale mają jedną cechę wspólną – pozwalają się zrelaksować i wprowadzają spokój duszy. 

Polecam! 

Sphileniok – blog Igora Shpilenoka, który ma dwa domy: w Briańskim Lesie i na Kamczatce. Czasami mieszka gdzieś pomiędzy nimi. Połowę życia spędza w warunkach polowych bo jest fotografem przyrody. Jego zdjęcia dzikiej rosyjskiej przyrody zapierają dech w piersiach. Dzięki niemu poznaję piękno odległych stron a zarazem zachwycam się harmonią i porządkiem jakim rządzi się natura. 

cropped-00001x711

Krakowskie impresje – podejrzane, podsłuchane, podczytane. Jak sama Autorka bloga pisze: “O co chodzi, po co w ogóle chodzić, po co jeździć tyle lat po tym samym mieście. Drogi szerokie, a pole możliwości wąskie, albo na odwrót. Patrzeć pod nogi, ale nie zapomnieć gapić się na ściany i w niebo. Zapisywać, co mówią ludzie. Robić zdjęcia. Pokazać mój Kraków.” I taki właśnie jest ten blog. Strzępki rozmów, myśli, zabawa słów. To wszystko sprawia, że uwielbiam na ten blog zaglądać. Balsam na duszę, inteligentny dowcip, lekkie pióra, obserwatorka z oczami i uszami szeroko otwartymi 🙂 

cropped-img_4309-1

Twoje zwycięstwo  – jak same autorki mówią jest to blog o bieganiu, ale też o zdrowym odżywaniu. Gdy piszą o bieganiu nie robią tego z wyższości niezliczonych maratonów, biegów i kilometrów. Piszą tak, że człowiek wkłada odpowiednie buty i idzie pobiegać lub chociaż na spacer bo mu się chce, bo zainspirowały tym, że to przynosi radość. A ich notatki o zdrowym odżywianiu nie są nachalne i nie brzmią jak wyrocznie. Przepisy za to są proste i smaczne. I do tego lekkim piórem napisane porady na temat doboru obuwia czy bielizny do biegania, (za to ostanie bardzo dziękuję!)  

1-sylwetka

A Wy jakie blogi polecacie? Jeśli natomiast chcecie wziąć udział w akcji Andrzeja pospieszcie się – trwa do 3 kwietnia. 

Gdzie na kawę w Dublinie?

Jakiś czas temu miałam okazję spotkać się z pewną osobą którą znałam wirtualnie i która przyleciała na kilka dni do Dublina. Jak się szybko okazało, kulinarnie a raczej pitnie pasuje ona bardziej do Włoch niż do Irlandii. Na moje pytanie co pijemy odpowiedziała: “kawę i do tego dobre ciacho”. Wprowadziła mnie w tym w konsternację bo Irlandia nie jest raczej rajem dla kawoszy. Ma Starbucksa, którego osobiście nie lubię, ma sieciówkę Costa którą lubię, ale wydała mi się mało wyjątkowa na zaproszenie do niej kogoś kto w Irlandii jest z wizytą. Ponadto większość kawiarni to też zarazem miejsca gdzie można zjeść lekki lunch, kanapkę itp, rzadko bywa takim miejscem gdzie jest tylko kawa i ciacho. Gdy natomiast zatrzymujecie się w hotelu, kawa podana do śniadania będzie bardzo średnia, to samo na wszelkich spotkaniach służbowych. Irlandczycy to zdecydowanie naród herbaciarzy o czym pisałam tutaj, ale na szczęście stolica ma coraz więcej miejsc które przejdą egzamin najbardziej wybrednych kawoszy.  

Sporządziłam dla Was listę kilku ciekawych miejsc, do których można wpaść na kawę – takich co to przejezdnego gościa można zaprosić, albo wpaść na jakieś poważniejsze pogaduchy a nie zwykłą szybką kawę. Oto moje propozycje:

Queen of Tarts, Cows Lane, Dame Steet

Spokojnie zasługuje na swoją nazwę – desery ma niebiańskie i na dodatek smakują tak samo dobrze jak wyglądają. A zapachy….z przyjemnością można by tam siedzieć cały dzień tylko właśnie z ich powodu gdyż są ucztą samą w sobie.

20100317irelandqueen-of-tarts-dublin-karnow

 Il Valentiono, Gallery Quay 5, Pearse Street, Dublin 2

Ci co ją kochają przyznają, że może jest i drogo ale wybaczają. Wybaczają też to, że położona jest tak trochę nie po drodze. Jak można nie wybaczyć mając do wyboru wspaniałe włoskie przysmaki, świeżo pieczone na miejscu? I do tego porządna włoska kawa. Prowadzone przez Włochów i pełne klientów Włochów. Czy trzeba lepszej rekomendacji?

MG_9801

3fe Cafe, 32 Grand Canal Street Lower, Dublin 2

Miejsce nosi się dumnie jako podobno to, które ma najlepszą kawę w Dublinie. I znów zdziwienie jeśli chodzi o położenie bo też w takim niejakim miejscu, trochę nie po drodze. A może w tym tkwi cały sekret? Gdy knajpki są położone na szlakach turystów lub spieszących się Dublińczyków, nie muszą się starać o jakość bo zawsze się znajdzie klient? I dzięki temu kafejki położone w mniej atrakcyjnych miejscach dokładają wszystkich starań aby komuś chciało się specjalnie do nich przyjść? Oprócz wybornej kawy bardzo chwaleni są pracownicy 3fe – mówi się, że są tak wspaniali, że nie zechce się Wam wstawać z krzesła i ruszać z kawiarni..chyba że wstaniecie po kolejną filiżankę kawy.

10678650_881157855241854_7516998694366464789_n

The Fumbally, Fumbally Lane, Dublin 8

Fumbally to miejsce któremu jakiś czas temu została przypięta łatka miejsca przyjaznego hipsterom. Było to co prawda jakieś dwa lata temu więc pewnie żaden szanujący się hipster nie przychodzi już tam bo pewnie to co było dwa lata temu dziś jest pase. 😉 Chociaż to jak knajpka sama o sobie mówi wciąż brzmi hisptersko: Kafejka społecznościowa w której eklektycznym menu znajdują się potrawy świadomie zdrowe. (Community cafe serving an eclectic menu of health conscious dishes) Bywa zapchana, bywają kolejki, siedzi się często z innymi osobami przy długim stole. Ale jest to lubiane miejsce wśród Dublińczyków nie tylko pracowników po sąsiedzku położonego Workday (pozdrawiam serdecznie). Ludzie mówią, że mogli spokojnie spędzić tam cały dzień pijąc kawę, jedząc i leniwie czytając książkę. Natomiast M. powiada, że nie pamięta kiedy jadł tak dobre żeberka jak właśnie w Fumbally.

fumbally_large

Bewley’s Cafe, Grafton Street

To miejsce jest czasowo zamknięte na czas przemeblowania, nad czym bardzo ubolewam. Znajduje się co prawda w bardzo zatłoczonym miejscu Dublina bo na słynnej ulicy Grafton, ale ma to swój urok a szczególnie wtedy gdy uda nam się upolować stolik na balkoniku lub też przy oknie na piętrze by móc obserwować energię i koloryt ulicy. Kawy nie muszą się wstydzić, mimo że firma początkowo specjalizowała się w herbacie. A jeśli zechcecie czegoś więcej niż kawę i ciacho to polecam ich makaron z krewetkami i suszonymi pomidorami! Porozpieszczam Was dalej i dodam, że w czasie lunchu w Bewley’s można obejrzeć sztukę teatralną. Która inna kafejka zapewni Wam tyle atrakcji? (na czas remontu Bewley’s Theatre przeniósł się do Powerscourt Townhouse, South William Street)

bewleys

IMG_0731

Ostatnie miejsce to trochę się wyłamuje z powyższych gdyż jest sieciówką – ale myślę że warto o nim wspomnieć z dwóch powodów. Jako sieciówka znajdziecie ją łatwo w wielu miejscach i to nie tylko w Dublinie więc może być miejscem do którego warto iść gdy Wam się spieszy, potrzebujecie kawy i nie macie czasu szukać odpowiedniego miejsca. Ponadto jest to sieciówka tutejsza, irlandzka i chciałabym ją widzieć o wiele częściej niż amerykańskiego Star Bucksa. Insomnia ma pyszną kawę i do tego boskie ciacha. Niestety często kusi ofertami, które są bardzo nie w porządaku – za bardzo niską cenę oferuje kawę z ciachem! A kysz kusiciele, a kysz! Mają dobre kanapki, działające wifi a kawa dość przyzwoita. Insomnię łatwo znajdziecie po jej charakterystycznym logo filiżanki ze skrzydełkami.

Wpis napisałam dla Blogerzy ze Świata

images

A do jakiego miejsca Wy lubicie chodzić?