Gdzie jeść w Howth

Uwielbiam restauracje w Irlandii, pyszne jedzenie, pięknie podane. (proszę nie mylić pojęć: restauracje w Irlandii uwielbiam a nie jedzenie irlandzkie). Do tego desery które (jak to mawia moja koleżanka a ja od niej czasem zapożyczam ) są „orgasmic” i dobre wino. I dużo ludzi dookoła. Pamiętajcie: nie chodzi się tu do pustych restauracji.

Nie będę polecać konkretnych kafejek czy restauracji bo jest ich od groma i trochę. Ale jak już wybierzecie się do Howth to koniecznie musicie pójść coś zjeść do Octopussy. Tak, wiem…mi się nazwa też podoba. Jak nazwa podpowiada jest to knajpka z owocami morza, taka trochę na wzór hiszpańskich knajpek tapas. Tylko ze ich danie tapa, w porównaniu do hiszpańskiego tapa jest trochę za duże żeby potraktować je jako przystawkę ale też za małe żeby potraktować jako danie główne. Najlepiej jeśli będąc tam w dwójkę zamówcie trzy rożne dania wtedy będzie w sam raz.

Octopussy polecam bo jak już pisałam ma atmosferę dobrego tapas bar, do tego położony przy porcie dodaje autentyczności wizycie. Jecie pyszne dania rybne, patrzycie na port i czujecie bryzę morska. Możecie nawet usiąść przy oknie – taka jakby lada ciągnie się wzdłuż niego, czujecie się jak w kinie, bezpardonowo gapicie się przez to okno, obserwujecie ludzi i krzątaninę portową a do tego macie w lampce wspaniale schłodzone i pysznie wytrawne białe wino. Jeśli przyjechaliście tylko do knajpki lub poszwendać się po porcie to pijcie tego wina do woli. Jeśli wybieracie się na cliff walk to może lampka wystarczy.

A o “cliff walk” w następnym wpisie w czwartek.

octopussys octopussys (1) octopussys (2)octopussys (3)

Aquasparta, Umbria

To miasteczko to było nasze pierwsze nieturystyczne spotkanie z Włochami. Owszem o miasteczku wspominają w przewodnikach (w odróżnieniu od Massy Martany), ale to co przede wszystkim różni je od MM to to, że Aquasparta nie pachnie świeżą farbą ani nie wabi turystów. W porównaniu do innych umbryjskich miasteczek jest relatywnie nowe bo pierwsze pisemne wzmianki na temat miasteczka pochodzą z X wieku. Miasteczko jest polecane ze względu na budynek Palazzo Cesi, który znajduje sie na głównym placu i wydaje się być w dość opłakanym stanie. (przynajmniej na zewnątrz).


Część starego miasta jest mikroskopijna ale za to bardzo oldskulowa. Na głównym placu mali chłopcy grali w piłkę, starszy pan popijał piwko a pewna zakonnica ucinała sobie pogawędkę z jeszcze innym panem. Gdy weszliśmy na plac zaległa cisza, taka co to w książkach ją opisują mówiąc, że słychać było brzęczenie muchy. I nie czuliśmy się, że cisza jest powodem tego, że są nas ciekawi ale bardziej że jesteśmy intruzami i naruszamy ich prywatność.

Pochodziliśmy małymi wąskimi uliczkami chodząc mniej więcej w kółko, ale to z powodu rozmiarów starej części miasta aż trafiliśmy na restaurację L’Agape. Nie pamiętam kiedy jadałam tak pyszne makarony i tak wspaniale przyrządzone mięso – prosto i naturalnie.  Restauracja to rodzinny kilkupokoleniowy biznes. My pojawiliśmy się w restauracji na mniej więcej pół godziny przed jej otwarciem, ale przyjęto nas. Obok przy dużym stole siedziała cała rodzinka właścicieli, włączając w to babcie i dzieci i wszyscy jedli kolację. W trakcie delektowania się deserami i espresso miałam ochotę poprosić właścicieli o przygarnięcie mnie do swojej rodziny by móc jadać  z nimi co wieczór.

Moze Cie tez zainteresowac
Królowa piratów Newport a tymczasem w Limerick..

La dolce vita czyli moje włoskie wakacje

Jak wspomniałam w moim wielkanocnym poście, wybraliśmy się na tydzień do Włoch do Umbrii. Nigdy jeszcze nie byłam we Włoszech, w pracy wszyscy opowiadają o Toskanii a ja wyczytałam gdzieś kiedyś, że Umbria to taka trochę zaniedbana siostra Toskanii, graniczy z nią ale jest mniej turystyczna oraz tańsza. W styczniu postanowiliśmy, że na Wielkanoc potrzebne są nam wakacje bo ostanie mieliśmy we wrześniu zeszłego roku w Mayo. Głowiliśmy się gdzie (nie chcieliśmy Irlandii ze względu na pogodę) i wtedy przypomniała mi się ta Umbria. Znaleźliśmy w miarę szybko apartament do wynajęcia spełniający wszystkie nasze warunki, kupiliśmy bilety lotnicze, samochód zabookowaliśmy i fruuu polecieliśmy. Garść obserwacji i myśli jeszcze na świeżo:

  • okazało się, że zamieniliśmy irlandzki deszcz na włoski (chyba 3 dni z całego tygodnia nie padało). Do tego ten włoski był gorszy bo jak już raz zaczął to nie przestawał do końca dnia
  • włoskie a przynajmniej te z Umbrii słodkości są bardzo słodkie. Z takimi słodkimi słodkościami spotkałam się też w Portugalii. Większość tych rarytasów jest z orzechami, miodem i anyżkiem. Te, które znałam już z Irlandii  – biscotti są w sumie chyba uniwersalne w całym kraju, ale nie jestem pewna czy tak się nazywają. Każde opakowanie kupione w innym sklepie i mieście nie miało nazwy biscotti tylko różne inne. Co prawda jak mówiłam do sprzedawcy “biscotti” to wiedział o co mi chodzi. Chyba że wszyscy cudzoziemcy tak je nazywają a sami Włosi mają jeszcze inną nazwę..

  • nie mówią po angielsku, ale spokojnie można się dogadać z Włochami nie znając włoskiego (przesadzam oczywiście bo to dzięki mojemu szczątkowemu hiszpańskiemu jakoś rozumiałam Włochów w sytuacjach typu: kelner proponuje mięsko i wylicza z czego może być, jak doszedł do słowa krowa od razu zamówiłam steka dla T 🙂 )
  • Włosi nie piją kaw na wynos tzn idąc. Picie kawy się celebruje i nie robi się tego w biegu. Dlatego też każda kawa kupiona na wynos miała co prawda przykrywkę ale nie miała ta przykrywka dziubka – otworu. Aby napić się kawy trzeba zdjąć pokrywkę, więc picie w trakcie ruchu odpada
  • makaron na pierwsze dania a na drugie samo mięcho. Tak jadaliśmy w restauracjach, makaron traktowany jest jak w Polsce zupa, ale za to jaki makaron… pychota marzenie i oczywiście wszelkiego rodzaju (ravioli, tortellini, fusilli, tagliatelle itp) a na drugie kawał mięcha. Sam. Bez surówki czy czegoś tam jeszcze.

  • pizza mają smaczną (wbrew obiegowej opinii, że pizza we Włoszech nie jest dobra)
  • ludzie są serdeczni i przemili (nawet sami pożyczali nam swoje parasole jak lało a musieliśmy zapakować zakupy z supermarketu do samochodu)
  • paliwo i ogrzewanie jest droższe niż w Irlandii!
  • trzeba coś zjeść przed 15 lub nawet 14 godziną – potem wszystkie restauracje są nieczynne aż do 19 lub nawet 20h
  • w cenę rachunku często wliczona jest już napiwek (doliczają za nakrycie na osobę czyli tzw “coperta” dopisana w rachunku)
  • Włosi bardzo lubią dzieci
  • Włosi są eleganccy nie tylko w ubiorze ale w detalach (np śliczne koronkowe serwetki, srebrne łyżeczki w naszym mieszkaniu itp), wykończenia budynków, ulice – widać, że mają zamiłowanie do estetyki
  • kierowcy jeżdżą niebezpiecznie, nie używają migaczy (w sumie jak Irlandczycy) ale chyba są mimo wszystko sprawnymi kierowcami, jeżdżą za szybko ale z głową
  • Włosi dużo palą

Jak trochę odpocznę po wakacjach (haha) to napiszę jeszcze o kilku miejscach

Moze Cie tez zainteresowac
gdzieś we Francji gdzieś w Hiszpanii gdzieś na gran canaria

Newport czyli Kwakrzy, wozy na żelaznych kołach i śniadanie z dostawą..

Przez Newport przejeżdzałam kilka razy, a to jadąc na wyspę Achill, czy też na ślub koleżanki, która pochodzi z Mayo. Już wtedy przy okazji tych przelotowych wizyt, miasteczko wydało mi się dość interesujące. Dlatego też będąc na wakacjach w hrabstwie Mayo, postanowiliśmy zapoznać się bliżej z tym miasteczkiem.

Mało znana, ale urocza i pełna sympatycznych mieszkańców miejscowość, żyje spokojniej niż zabiegany Dublin. Pod koniec 18 wieku okoliczne zielone pola oraz rzeka umożliwiająca korzystanie z transportu wodnego, urzekły pewnego kapitana na tyle, że postanowił w tym miejscu założyć miasteczko. Kapitan Pratt, bo o nim mowa, sprowadził nawet w te okolice Kwakrów planując, że założą oni i rozwiną biznes płócienny. Niestety, jego plan się nie powiódł i Kwakrzy opuścili Newport mniej więcej w latach trzydziestych 18 wieku. Jednak miasteczko miało szczęście do innego przedsiębiorcy – Jamesa Moora, który pomógł rozwijać handel i budownictwo. Już wtedy można było kupić tutaj importowane francuskie wino!

Smykałka do interesów i do dbania o tych, którzy wydają pieniądze pozostała w mieszkańcach Newport do dziś. Gdy późnym rankiem przyjechaliśmy do Newport mieliśmy ochotę na kawę i coś do tej kawy. Ponieważ zaparkowaliśmy w pobliżu pubu  The Grainne Uaile (czyli na cześć Królowej Piratów) postanowiliśmy w tymże pubie kupić kawę.  M udał się więc na zakupy, a ja na niego czekałam na pobliskim zielonym skwerze. Po chwili M wrócił z kawą, ale bez sconów czy danishy. Na moje pytanie czy nie mają nic śniadaniowego M odpowiedział, że robią własnie dla nas świeże scony i jak będą gotowe to przyniosą je nam na skwerek.. Po kilku minutach rzeczywiście przybiegła do nas barmanka z cieplutkimi, pachnącymi sconami. W Dublinie wszyscy się dziwili mojej opowieści, mówiąc że to charakterystyczne dla prowincji, oraz podkreślając, że w Dublinie to co najwyżej rzuciliby mi te scony w kierunku moim i skweru 🙂 Ponieważ scony były przepyszne a obsługa tak miła, wróciliśmy jeszcze do tego pubu poźnym popołudniem na lunch. Byliśmy zachwyceni jedzeniem i najlepszym chyba jakim do tej pory jadłam brownie. Przy okazji więc, zdecydowanie polecam ten pub wszystkim, którzy znajdą się w Newport.

To, że tambylcy są ogólnie bardzo mili, potwierdziło kilka przypadkowych osób, które chętnie ucinały sobie z nami pogawędkę dziwiąc się przy okazji, że przyjechaliśmy zobaczyć Newport. Wszyscy turyści przybywający do Mayo, jadą głównie na wyspę Achill więc nasza obecność była w sumie niejako pewnego rodzaju atrakcją. Porozmawialiśmy też chwilę z panem, który ma małą knajpkę z jedzeniem przy głównej ulicy. Interes przejął po Polce, która wcześniej próbowała rozkręcić tam też jakąś gastronomię, ale niestety nie powiodło się jej. Obecny właściciel mówi, że w sumie też nie było mu łatwo, ale odkąd całkiem niedawno otworzono nowy szlak rowerowy i pieszy Greenway ma zdecydowanie więcej klientów.

Nad rzeka Black Oak wznosi się kamienny wiadukt kolejowy stojący na trasie łączącej Westport z Achill Island, jeden z ostanich wiaduktów wybudowanych przez Railway Company. Wiadukt od około 80 lat jest już zamknięty dla ruchu kolejowego.  Brian Rua O’Cearbhain znany jako prorok z Erris jeszcze przed erą pociągów przepowiedział podobno, że “The day will come when there will be iron wheels on fire carriages from the south and the north” czyli przybędę wozy na żelaznych kołach 🙂 Legenda koloryzuje, że Brian dodał iż te wagony w trakcie swojej pierwszej i ostatniej podróży będę przewoziły ciała. W sumie przepowiednia się częściowo spełniła. (więcej tutaj)

Na wzniesieniu za drzewami chowa się 18 wieczny Newport House, który dziś jest hotelem.

Warto wspiąć się również na wzgórze na którym malowniczo położony jest kościół św. Patryka. Ze wzgórza rozpościerją się piekne widoki m.in. na góry Nephin.

Przespacerowaliśmy się po Newport jednym z kilku szlaków bodajże zwanym Purple Loop, ale teraz dokładnie nie pamiętam.  Trasa była dość ciekawa a w pewnym momencie prowadziła z górki na pazurki po dość podejrzanych chaszczach (chyba, że niechcący zeszliśmy na manowce).

Dzień Naleśnika czyli Shrove Tuesday

Dobrze mieszkać w Irlandii – przed Wielkim Postem można objadać się dwukrotnie, najpierw z okazji polskiego Tłustego Czwartku a potem przy okazji jego irlandzkiego odpowiednika czyli Shrove Tuesday zwanym też Pancake Day.

Małe wyjaśnienie – naleśnik w postaci znanej nam Polakom, w Irlandii kiedyś był nazywany „pancake”. Wraz z postępująca globalizacją i irlandzką modą na wszystko co amerykańskie, słowo „pancake” zaczęło oznaczyć amerykański naleśnik (czyli tak mały placuszek jak na zdjęciu poniżej) natomiast na nam znany naleśnik zaczęto mówić „crepe” czyli francuski naleśnik. W dniu Shrove Tuesday jednak „pancake” to znów ten nasz francuski naleśnik a nie ten amerykański. Confusing??? 🙂

Czemu Irlandczycy jedzą naleśniki? Bo są zrobione z jajek, mleka i masła czyli produktów, które były zakazane w Wielkim Poście. Irlandzkie tradycyjne shrovetuesdayowe naleśniki są skropione cytryną, posypane cukrem i zawinięte w rulonik. Nie wiem czemu używano tak dziwnych, ubogich dodatków, myślę sobie, że to z powodu biedy – nie stać ich było na jakieś wymyślne dżemy owocowe itp. ale z drugiej strony jeśli z powodu biedy to skąd brali cytrynę – jakby nie było towar importowany.

Tu (click) można znaleźć przepis na naleśniki shrovetuesdayowe.  A więc zakładam luźniejsze ubranka i ….. naleśniki…i’m coming….!!!!